poniedziałek, 02 styczeń 2017 14:31

Sekrety Fatimy

Jest 4 kwietnia 1919 r. Od ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie minęło zaledwie osiemnaście miesięcy. Tego dnia umiera Franciszek Marto. Dziesięć miesięcy później odchodzi jego siostra Hiacynta. Spełnia się pierwsze proroctwo Maryi, która 13 czerwca 1917 r. ogłosiła: „Hiacyntę i Franciszka zabiorę niebawem”.

Rzeczywiście, z zeznań świadków wiemy, że Matka Jezusa przyszła do nich w godzinę śmierci i zabrała ich do nieba.

Bóg wie

Wszystko zdaje się oczywiste: co niebo zaplanowało, to zaistniało na ziemi. Ale w Fatimie nie mamy wcale jakiegoś „Deus ex machina”, gdzie Bóg narusza ustanowione przez siebie zasady życia i odwiecznie prawa natury. Może częściej niż nam się wydaje Bóg wcale nie ingeruje, może po prostu wie, co się stanie? W Fatimie Matka Najświętsza mówi tylko, że niebawem przyjdzie po Franciszka i Hiacyntę, gdy będą umierać, i że zabierze wtedy małych wizjonerów do nieba. Czyli – przedmiotem Jej zapowiedzi wcale nie musi być data ich śmierci. Może być nim obietnica, że gdy dzieci będą umierać, Ona przyjdzie i zabierze je ze sobą

Okazuje się, że przedwczesna śmierć Franciszka i Hiacynty może mieć inne źródło niż decyzja Boga. Jeśli tak, gdzie ono tkwi? Siostra Łucja sugeruje, że nie w Boskich, ale w ludzkich wyborach.

Epidemia

W latach 1918–1919 świat dotknęła jedna z największych pandemii w dziejach ludzkości. „Hiszpanka” pochłonęła może nawet 100 mln istnień ludzkich, a więc wielokrotnie przewyższyła liczbę ofiar pierwszej wojny światowej (14 mln). Zachorowało na nią ok. 500 mln ludzi, czyli dotknęła ona co trzeciego mieszkańca naszego globu. Zaatakowała też Aljustrel – rodzinną wioskę wizjonerów z Fatimy.

„Epidemia zaatakowała nieomal wszystkich” – wspomina Łucja. Ludzie wstawali rano zdrowi, a wieczorem leżeli w wysokiej gorączce, bezsilni, inni kładli się spać rześcy, a rano nie byli w stanie zejść z  łóżka. Łatwo sobie wyobrazić, co się działo, gdy śmiertelny wirus grypy atakował jednocześnie wszystkich dorosłych mieszkańców któregoś z domów. Kto miał zaopiekować się dziećmi, nakarmić bydło, zająć się leżącymi w gorączce? A choroba nie mijała w jeden dzień.

Kto najważniejszy?

Maria Rosa dos Santos, matka Łucji, wraz z najstarszą córką Glorią, bez zastanowienia ruszyły na ratunek potrzebującym. Całymi dniami chodziły po domach, pomagając chorym pozbawionym jakiejkolwiek pomocy. Było dla nich oczywiste: podanie ręki cierpiącym to ich chrześcijański obowiązek. Oni – chorzy – byli teraz najważniejsi.

Postawa rodziców Franciszka i Hiacynty była całkowicie odmienna. Uznali oni, że ich najważniejszym zadaniem jest chronić przed śmiertelną chorobą własne dzieci. Manuel Ti Marto zamknął się więc z rodziną w domu. „Pewnego dnia – pisze Łucja – mój wuj Ti Marto ostrzegł mego ojca, by nie pozwalał swojej żonie i swej córce odwiedzać domów chorych i zajmować się nimi, gdyż epidemia jest zaraźliwa i my wszyscy również możemy zachorować”.

Jeszcze tego samego wieczoru ojciec Łucji zakazał żonie i córce odwiedzania chorych. „Ti Marto ma rację. Musimy chronić rodzinę. Choroba jest zaraźliwa. Prędzej czy później przyniesiesz coś do domu” – przekonywał. W tamtych czasach decyzja głowy rodziny była ostateczna, jednak Maria Rosa nie ustąpiła. Wysłuchała wszystkiego, co mąż miał do powiedzenia, zapewniła, że będzie mu posłuszna, dodała jednak: „Jest tak, jak mówisz. Ale pomyśl, czy możemy pozostawić tych ludzi samych sobie, by poumierali, nie mając nikogo, kto podałby im szklankę wody? Lepiej byś zrobił, gdybyś poszedł ze mną i sam się przekonał, w jakim są stanie i czy mamy prawo ich opuścić”. Dodała, że jutro, po powrocie od chorych, bezwarunkowo podda się jego decyzji.

Łucja wspomina, że nad kuchennym paleniskiem wisiał wielki kocioł. Matka Łucji wskazała na niego i powiedziała do męża: „Jest on pełen kurczaków. Niektóre z nich nie są nasze. Wzięłam je z domu chorych, bo naszych by nie wystarczyło dla wszystkich. Gotują się na rosół. Mam już gotowe małe garnki, które przyniosłam od chorych; zaniosę im w nich jedzenie. Gdybyś chciał pójść ze mną, mógłbyś pomóc mi nieść kosz z tymi garnkami, a przy okazji zobaczyłbyś wszystko sam i sam zdecydował, jak należy postąpić”.

Ostatnio zmieniany czwartek, 05 styczeń 2017 15:15
dr Wincenty Łaszewski

specjalista w zakresie antropologii teologicznej, mariolog.

Najnowsze od dr Wincenty Łaszewski

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Wszystkie numery

Piszą dla nas

Już 57 pozycji

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Powered by JS Network Solutions