wtorek, 02 kwiecień 2013 06:59

Cristada

Na początku mówili o sobie: „obrońcy” (defensores), „wyzwoliciele” (libertadores), „ci z ludu” (populares). A wróg nadał im miano „chrystusowców” (cristeros), co miało być szyderstwem, obnażającym fanatyzm religijny. Oni przyjęli to określenie z czcią, niczym najwyższe odznaczenie. Bili się przecież z Imieniem Chrystusa Króla na ustach. Na swych sztandarach mieli postać Matki Bożej z Guadalupe. Szli do walki z modlitwą, niczym dawni krzyżowcy. A chwycili za broń dlatego, że w ich ojczyźnie rządy objął Antychryst.

Paradoksem jest, że Meksyk, kraj w ogromnej większości katolicki, stał się areną tak krwawych prześladowań antykościelnych. Decydującą rolę w ich rozpętaniu odegrała masoneria. Pierwsze loże powstały w Meksyku w XVIII wieku, jeszcze pod władzą hiszpańską. Zjednoczyły się w 1813 roku, nawiązując kontakty z masonerią północnoamerykańską. Po ogłoszeniu niepodległości (1821) w życiu politycznym Meksyku coraz większe znaczenie zyskiwali liberałowie, zapatrzeni we wzorce rewolucji francuskiej, mocno akcentujący „antyklerykalizm” i mający intelektualne zaplecze w masonerii. Pierwszy poseł Stanów Zjednoczonych w niepodległym Meksyku, J.R. Poinsett, aktywnie uczestniczył w zakładaniu lóż rytu York, które miały wywierać wpływ na meksykańską klasę polityczną zgodnie z oczekiwaniami Waszyngtonu. 

Wolnomularze amerykańscy odegrali wielką rolę w agresji USA na Meksyk. Do masonerii należeli m.in. przywódcy tzw. rewolucji teksańskiej (1835-36): S. Houston, J. Bowie i D. Crockett, a także prezydent Stanów Zjednoczonych James Polk, sprawca inwazji na Meksyk i zagarnięcia połowy jego terytorium (1846-48). Szczególnie ten ostatni konflikt stał się okazją do prześladowań na tle religijnym: w wielu zdobytych miejscowościach żołnierze amerykańscy dopuścili się niszczenia świątyń katolickich i obiektów kultu oraz zbrodni na ludności cywilnej. O tym, że ówczesne zmagania miały również charakter religijny, świadczy powstanie Batalionu Świętego Patryka.

 

 

Krzyżowcy świętego Patryka

W armii amerykańskiej służyło wielu katolików, głównie imigrantów z Europy. Z powodów religijnych byli szykanowani; wielu nie chciało walczyć przeciw współwyznawcom z Meksyku, a niesprawiedliwy charakter tej wojny i doniesienia o profanacjach dokonanych przez Amerykanów wzbudzały oczywisty konflikt sumienia. Część żołnierzy postanowiła zareagować czynnie, dezerterując i przechodząc na stronę meksykańską. Uczyniło tak tysiąc irlandzkich katolików oraz prawie tyle samo żołnierzy innych narodowości. Szczególny rozgłos zdobył Irlandczyk Jon (John) Patrick Riley, stojący na czele „El Batallón de San Patricio” – Batalionu Świętego Patryka, w którym walczyło ponad 500 żołnierzy: Irlandczyków, Amerykanów, Meksykanów, Anglików, Szkotów, przybyszów z państw niemieckich, z Francji, Włoch, Kanady, Hiszpańskiej Florydy, a także kilku Polaków. San Patricios zasłynęli męstwem pod Monterrey, Buena Vista, Cerro Gordo, Churubusco. W razie dostania się do niewoli amerykańskiej ich los był straszny. „Szczęśliwców” czekała chłosta i wypalenie rozgrzanym żelazem litery D („deserter”) na policzku; innych wtrącono do więzienia. Aż 50 schwytanych żołnierzy Batalionu skazano na śmierć i powieszono. Egzekucji 30 z nich dokonano 10 września 1847 roku pod Chapultepec. Skazańcy stali z pętlami na szyjach, smażąc się przez długie godziny w słońcu. Czekali na finał szturmu Amerykanów na twierdzę Chapultepec, dawną siedzibę azteckich władców i hiszpańskich wicekrólów, teraz zaś ostatni punkt oporu Meksykanów na drodze do stolicy ich kraju. Sygnałem do egzekucji był moment wywieszenia amerykańskiej flagi na wieży zdobytego zamku. Zbiorowa egzekucja 30 katolików w swoisty i niepowtarzalny sposób „uświetniła” sukces amerykańskiego oręża. Była niczym ofiara dziękczynna złożona na ołtarzu krwawego bóstwa.

 

Meksykański Robespierre

Meksykańscy wierni Kościoła doznawali ucisku również ze strony własnych polityków, zwłaszcza coraz silniejszych liberałów. W latach 40. i 50. XIX wieku doszło na tym tle do kilku powstań i buntów zdesperowanych katolików. Prawdziwy kataklizm zapoczątkowała „reforma” ogłoszona przez prezydenta Benito Juáreza, lidera liberałów i masona, zwanego „meksykańskim Robespierre’em”. Receptą Juáreza na wyciągnięcie kraju z zapaści ekonomicznej było zagrabienie własności kościelnej. Zamierzał on też doprowadzić do zamknięcia katolickiego uniwersytetu, kasaty większości zakonów oraz wypędzenia z Meksyku jezuitów. „Reforma” Juáreza uderzała nie tylko w Kościół, ale również w interesy indiańskiego chłopstwa. Doszło do wojny domowej (1861-1867), w którą włączyły się obce mocarstwa. Liberałowie prezydenta Juáreza uzyskali pomoc Stanów Zjednoczonych. Kościół i wspierający go konserwatyści opowiedzieli się po stronie cesarza Maksymiliana Habsburga, posiłkowanego przez Austrię i Francję. Wojna, która pochłonęła blisko 150 tysięcy ofiar, zakończyła się zwycięstwem liberałów. Juárez jednak, choć w następnych latach nie cofał się przed srogim represjonowaniem swych przeciwników politycznych, to nieco złagodził antykościelny kurs.

 

 

Viva Cristo Rey!

Jego następca, prezydent Sebastian Lerdo de Tejeda, powrócił do antykatolickich represji. Nie oglądając się nawet na zapisy w liberalnej Konstytucji, wprowadził szereg restrykcji, m.in. znacjonalizował majątek kościelny, zlikwidował szkolnictwo katolickie i wypędził z kraju setki zakonników i zakonnic. Obrany przez niego kurs na konfrontację doprowadził do kolejnego rozlewu krwi. W 1873 roku za broń chwycili indiańscy chłopi w Sierra Gorda i Bajio. To wtedy po raz pierwszy rozbrzmiał okrzyk: Viva Cristo Rey! Bunty krwawo stłumiono, ale bojowe zawołanie powstańców mocno utkwiło w świadomości wiernych. Katolicy zyskali chwilę wytchnienia w czasach dyktatury generała Porfirio Díaza (1876-1911). Choć Díaz również wywodził się z kręgów liberalnych i należał do wolnomularstwa, a rządy swe sprawował twardą ręką, za jego czasów doszło do pewnej normalizacji stosunków między państwem a Kościołem. Niektóre antykatolickie edykty odwołano; inne wciąż obowiązywały na papierze, jednak nie były egzekwowane. Do Meksyku powróciły zakony, w miarę swobodnie rozwijały się katolickie stowarzyszenia i szkoły. 

 

Upiory rewolucji

Koszmar powrócił podczas rewolucji meksykańskiej (1910-17). Kłótnie polityków z kilku obozów doprowadziły do wojny domowej. Frakcje rewolucjonistów, walczące zażarcie o władzę, prześcigały się w okrucieństwie i bezwzględności. Setki tysięcy osobowość prawną. Organizacje i stowarzyszenia religijne zostały zdelegalizowane. Zakony uległy kasacie. Zlikwidowano katolickie szkoły. Działalność Kościoła miała zostać poddana totalnej kontroli państwa, które uzurpowało sobie prawo do decydowania o liczbie kapłanów w poszczególnych parafiach. W Konstytucji znalazł się też zapis zabraniający pod groźbą surowych kar krytyki rządu i urzędników. Rzymskie czasopismo „La Civiltà Cattolica” nazwało Konstytucję meksykańską „kodeksem nowoczesnego prześladowania religijnego”. Szczęśliwie dla Kościoła, rewolucjoniści nie mieli czasu i możliwości wprowadzenia tych postanowień w życie. W bezpardonowej walce o władzę mordowali swych prawdziwych i wyimaginowanych oponentów, również wczorajszych zwolenników. Rewolucja meksykańska wygasła, pozostawiając po sobie niezliczone groby i ogrom zniszczeń; wcześniej jednak pożarła większość swoich dzieci. Pragnienie wyciągnięcia kraju z chaosu zadeklarował generał Alvaro Obregón. Gdy obejmował urząd prezydenta (1920), ludzie Kościoła spodziewali się najgorszego. Wszak Obregón, mason i aktywista frakcji „konstytucjonalistów”, znany był wcześniej z wielu zbrodni oraz nienawiści do Kościoła. Jednak jako prezydent długo pozował na rzecznika porozumienia narodowego. Na ulicach zaś szalał terror „antyklerykalnych” bojówek inspirowanych przez masonerię. 13 maja 1921 roku bomba podłożona przez „nieznanych sprawców” w katedrze w Morelli zabiła ponad 100 wiernych. Kolejne eksplozje zdemolowały rezydencje arcybiskupów Meksyku i Guadalajary. 14 listopada tego roku „machina piekielna” eksplodowała przed obrazem Matki Bożej w Bazylice w Guadalupe, ale nie zdołała uszkodzić cudownego wizerunku. Wkrótce prezydent Obregón zaczął dokręcać śrubę represji. Po odsłonięciu pomnika Chrystusa Króla, w którym uczestniczył delegat apostolski, biskup Ernest Filippi, Alvaro Obregón oskarżył hierarchę o „przestępstwo przeciw Republice”, wypędził z kraju i zerwał stosunki dyplomatyczne z Watykanem. Jednak ostateczną rozprawę z Kościołem miał podjąć zausznik i następca (od 1924) Obregóna na stanowisku prezydenta, Plutarco Elías Calles, o czym świadczyły jego przydomki: „meksykański Neron” i „Antychryst”.

 

Ostatnio zmieniany piątek, 04 wrzesień 2015 17:18

Najnowsze od dr Andrzej Solak

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Wszystkie numery

Piszą dla nas

Już 57 pozycji

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Powered by JS Network Solutions