środa, 30 listopad 2016 23:30

Nie każda medytacja jest chrześcijańska

Napisane przez Ks. Bp prof. dr hab. Andrzej Siemieniewski

Niedawno natknąłem się w Internecie na tekst pt.: „Czy katolik może medytować?”. Jak doszło do tego, że można zadać pytanie, które byłoby kompletnie niezrozumiałe dla chrześcijan poprzednich pokoleń? Co takiego stało się w Kościele, że pojawiło się tak fundamentalne nieporozumienie?

Wydawałoby się, że dla chrześcijanina nie ma nic bardziej naturalnego, jak codzienna medytacja. Czyż nie czytamy w Piśmie Świętym, że człowiek sprawiedliwy rozmyśla nad Prawem Pańskim dniem i nocą? Polskie „rozmyślanie” to w wersji łacińskiej nic innego, jak właśnie medytacja (meditatur). Czyż św. Ignacy Loyola nie nazwał decydujących momentów swojej metody rekolekcyjnej medytacjami (meditación)? Z kolei Kongregacja Nauki Wiary, której prefektem był kard. J. Ratzinger, wydała kiedyś nawet cały dokument „O niektórych aspektach medytacji chrześcijańskiej Orationis formas”.

 

„Duchowy” buddyzm i „nieduchowe” chrześcijaństwo

W 60. i 70. latach XX w. nastała moda na duchowość czerpaną pełnymi garściami z religii Wschodu. To, co chrześcijańskie, wydawało się powierzchowne, skostniałe i trącące myszką. Jeśli jednak zostało przedstawione w terminologii hinduizmu i buddyzmu, natychmiast zyskiwało uznanie. Tomasz Merton pisał wtedy w swojej książce „Zen i ptaki żądzy”: Nauka buddyzmu może przynosić to samo wyzwolenie, jakie odnajdujemy w Dobrej Nowinie o Odkupieniu, darze Ducha i nowym stworzeniu. Zapowiedź, że przyjęcie nauk buddyzmu przynosi ten sam skutek, co kerygmat apostolski, stanowiło istotną rewolucję w poszukiwaniu pierwotnego ducha chrześcijańskiego. Nadzieję na odnowę chrześcijaństwa przez sięganie po doświadczenie buddyjskie wyrażał Merton np. w takich słowach: Możliwe, że zen po adaptacji da się wykorzystać dla oczyszczenia atmosfery jałowego ascetyzmu; zen wart jest tego, byśmy choć na chwilę odetchnęli jego rześką i przyprawiającą o zawrót głowy atmosferą. Przypomnijmy, że autor tych słów był trapistą, a więc miał iść ścieżką biblijnego powołania kontemplacyjnego, drogą medytacji Słowa Bożego. Podkoniec życia zaczął iść inną drogą.

Czy fascynacja Mertona buddyzmem obyła się bez ponoszenia duchowych kosztów? Trzeba wyraźnie powiedzieć, że koszty były, i to wysokie! Merton dokonał takiej reinterpretacji wielu fragmentów biblijnych, że często dochodziło do pozbawienia tych tekstów fundamentalnego chrześcijańskiego znaczenia. Tłem Biblii nieodmiennie jest dialogiczny personalizm: człowiek stoi wobec Innego, który wychodzi mu naprzeciw, podejmuje z nim zbawczy dialog i udziela mu się sam w oblubieńczej relacji. W interpretacji Mertona fragmenty te przemieniają się jednak w opis duchowego doświadczenia, w którym obecność Innego, konkretnej Osoby stojącej naprzeciw człowieka, staje się po prostu zbędna.

W jednym z tekstów amerykańskiego trapisty czytamy np.: Z chwilą przełamania ograniczeń religii strukturalnej i kulturowej możliwe stają się „narodziny w Duchu” czy właśnie intelektualne przebudzenie w niezróżnicowanej pustce, gdzie wszystko jest bierną aktywnością, nazwaną przez Chińczyków wu-wei, a przez Nowy Testament „wolnością dzieci Bożych”.

 

Ostatnio zmieniany czwartek, 01 grudzień 2016 07:46

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Wszystkie numery

Piszą dla nas

  • teolog biblista i filolog klasyczny, pracownik
    Instytutu Kulturoznawstwa KUL

  • psycholog, psychoterapeuta, superwizor, prowadzi warsztaty i terapię dla osób świeckich, duchownych i konsekrowanych

  • historyk sztuki, wykładowca na Politechnice Lubelskiej, rekolekcjonista

Już 55 pozycji

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Powered by JS Network Solutions