poniedziałek, 04 maj 2015 21:22

Opowieść o człowieku, którego nie było Wyróżniony

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Z twórcami filmu „Doonby. Każdy jest kimś”, reżyserem i autorem scenariusza Peterem Mackenziem oraz aktorką Jenn Gotzon, odtwórczynią roli Laury Reaper, rozmawia Andrzej Grządkowski

Peter MackenzieSam Doonby daje ludziom drugą szansę, ale czy zechcą z niej skorzystać?

 

Film rozpoczyna się symbolicznie – na skrzyżowaniu dróg. Tajemniczy podróżnik wsiada do autobusu, który wiezie go do sennego, teksańskiego miasteczka. Tu rozgrywa się opowieść, nazywana przez twórców filmu thrillerem psychologicznym, która w mikroskali lokalnych domów, uliczek oraz barów odkrywa przed widzem zdarzenia i problemy, dotyczące każdego człowieka. Pod jednym wszak warunkiem: że dane mu było się urodzić…

PM: Bohater filmu, Sam Doonby, intryguje wszystkich i przyciąga siłą tajemnicy, która nikogo nie pozostawia obojętnym. Zyskuje sympatię właściciela lokalnego baru – muzyka Leroy’a, staje się przedmiotem pożądania miejscowych kobiet, zdobywa serce Laury, córki bogatego ginekologa Cyrusa Reapera, zachwyca śpiewem i grą na gitarze w stylu country blues, krzyżuje plany bandytom, ratuje życie. Jednak do opowieści osadzonej w teksańskiej codzienności wkrada się przeszłość. Odkrywamy inny wymiar rzeczywistości: z liter nazwiska Doonby odczytujemy słowo Nobody, czyli Nikt; doktor Reaper znaczy Żniwiarz, a niewidomy grajek ostrzega: Lucy Mae, uważaj, co robisz, diabeł za tobą chodzi…

Skąd wziął się pomysł na fabułę filmu? Co było Twoją bezpośrednią inspiracją?

PM: Temat nasunął się wiele lat temu, zanim w Wielkiej Brytanii wprowadzono ustawę aborcyjną. Możliwość przerywania ciąży miała dotyczyć kilku określonych przypadków: gwałtu, kazirodztwa i poważnego zagrożenia życia matki. Wszyscy jednak wiedzieli, że za pół roku aborcja będzie dostępna na żądanie. Tak też się stało… Dziesiątki tysięcy dzieci traciły życie w wielu miejscach kraju. To mnie martwiło, sumienie nie dawało spokoju, chciałem coś zrobić. Zacząłem pisać scenariusz, pracując wtedy jako sprzedawca czekolady. Nie było łatwo pogodzić te role. 30 lat później miałem już doświadczenie reżyserskie i własną firmę produkcji filmowej. Napisałem też inne scenariusze. Minęło sporo czasu, ale mam nadzieję, że film tylko na tym zyskał.

Obraz określany jest jako pro-life. Czy taki był Twój zamiar?

PM: Zależało mi na tym, by zadać kilka pytań świeckiej publiczności. Nie chciałem nikogo oceniać ani prawić kazań, chciałem skłonić ludzi do zastanowienia. Clive Staples Lewis pisał, że nie potrzeba więcej chrześcijańskich filmów, ale więcej chrześcijan robiących filmy. Oczywiście można spełniać się, robiąc filmy na temat samego chrześcijaństwa, ale mój zamiar był w tym przypadku inny. Poruszam problem moralny, który dotyczy zdolności naszego gatunku do prokreacji. W tym sensie muzułmanie, hindusi czy Eskimosi są także żarliwymi obrońcami życia, bo od tego zależy ich dalsze istnienie.

Plan się powiódł?

PM: Trudno mi to oceniać, ale zauważyłem, że publiczność nie wstaje z miejsc aż do wygaszenia napisów końcowych. Ludzie wychodzą z sali w ciszy. Nie słychać rozmów. Podobną reakcję widziałem po projekcji „Pasji” Mela Gibsona, choć to oczywiście zupełnie inny film. Ranking IMDb [największa na świecie filmowa baza danych – red.] plasuje naszą produkcję na poziomie 6 punktów na 10, co jest niezłym wynikiem. Ciekawe jest też to, że ponad 60% widzów oceniło film na 8-10 punktów, a ok. 15% przyznało mu zaledwie 1 punkt. To duży rozrzut – i bardzo dobrze. Zdaje się, że zdenerwowałem kilka osób, bo jeśli ktoś zadał sobie trud zagłosowania na film tylko po to, żeby dać mu 1 punkt, to znaczy, że był mocno poirytowany. Więc może się udało.

Jenn, kim jest dla Ciebie Sam Doonby? Postać, którą zagrałaś, Laura, jest z nim silnie związana, bez przerwy go prowokuje, przesuwa granice…

JG: Rozmawialiśmy o tym któregoś dnia po zdjęciach z Johnem Schneiderem, który grał Sama, Peterem i Willem Wallacem, filmowym Tony’m. Okazało się, że każdy z nas inaczej rozumie postać Sama. Dla mnie to anioł, który przywraca Laurze poczucie własnej wartości. Ona pije, żyje na krawędzi autodestrukcji, a on próbuje postawić ją do pionu. Z punktu widzenia Laury Sam to rycerz na białym koniu, który przybywa, by ją ocalić. Jednak jej ból i niepewność siebie każą jej wątpić, czy ktoś taki jak Sam może w ogóle istnieć i obdarzyć ją miłością. Dlatego Laura pozwala działać swoim wadom: zazdrości, gniewowi, niepewności. Próbuje też utopić je w alkoholu. W końcu odrzuca Sama…

 

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 07 wrzesień 2015 10:51

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Wszystkie numery

Piszą dla nas

Już 57 pozycji

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Powered by JS Network Solutions