piątek, 09 maj 2014 23:15

Egzorcyzmy, modlitwa i błogosławieństwa

 

    

 

 

Poniżej prezentujemy fragment książki Nawiedził nas diabeł (wyd. Jedność).

"Dlaczego nam? Dlaczego właśnie przydarzyło się to nam, którzy nawet sobie nie wyobrażaliśmy, że coś takiego może istnieć!?" - to pełne lęku, obsesyjne pytanie zadawała sobie pewna włoska rodzina, którą dotknęła seria niepokojących zdarzeń, chorób o niewytłumaczalnym z medycznego punktu widzenia podłożu, dziwnych zjawisk w swoim otoczeniu. Obezwładniające wrażenie obecności czegoś obcego i wrogiego kazało im po latach udręk szukać ratunku w Kościele.

Okazało się, że był to początek długiej i trudnej drogi rozpoznania przeciwnika, którym okazał się diabeł, oraz walki z nim. To niezwykłe świadectwo, uzupełnione wywiadami ze znanymi egzorcystami włoskimi oraz wypowiedziami innych kapłanów zaangażowanych w duszpasterstwie pocieszenia, każe poważnie zastanowić się nad podawaną w wątpliwość i wyśmiewaną dziś przez wielu kwestią istnienia szatana w świecie.

 

Egzorcyzmy, modlitwa
i błogosławieństwa

 

 

Nigdy nie pomyśleliśmy o tym, że któreś z nas może być opętane, nigdy nie spodziewalibyśmy się tego, co się wydarzyło owego popołudnia w Wielkanoc 2007 r. Na szczęście nasze dzieci były kompletnie nieświadome dramatu, jaki rozgrywał się w obecności księdza Amortha, a przede wszystkim nie okazały żadnej reakcji podczas modlitwy egzorcyzmu.

 

Tymczasem dręczyły nas wątpliwości. Jak to jest, że Francesco jest opętany? Czy zniewoleni przez Złego nie powinni odczuwać zdecydowanej awersji do wszystkiego, co święte? Francesco regularnie chodził na Mszę św. i tak samo regularnie spowiadał się i przyjmował Komunię. Czy opętanych nie rozpoznaje się po tym, że mówią dziwnymi językami i mają niezwykłą siłę? Nic takiego tu się nie zdarzyło! Podczas egzorcyzmu miała miejsce „jedynie” całkowita utrata kontroli psychofizycznej połączona ze zmianą osobowości, w rzeczywistości swoiste rozdwojenie, gdyż w pewnych chwilach Francesco obserwował i analizował scenę, jak gdyby znajdujące się na fotelu ciało nie należało do niego. Pierwszą reakcją była panika: jestem opętany czy szalony, którego trzeba związać? Drugą był wstyd, trzecią poważne zaniepokojenie, czwartą zdecydowana potrzeba wyjścia z tego jak najszybciej.

 

W Wielki Poniedziałek, następnego dnia po egzorcyzmie księdza Amortha, zadzwoniliśmy do biskupa Gemmy, by opowiedzieć mu, co się stało. Jego reakcja wprawiła nas w osłupienie: „Dobrze, naprawdę dobrze, to wielkie szczęście, egzorcyzm wymógł na szatanie, aby wyszedł z ukrycia. Dlatego nikczemnik już teraz nie będzie mógł się ukrywać, jak to było wcześniej. Będziemy siedzieć mu na karku, dopóki sobie nie pójdzie. Nie damy mu chwili spokoju i wyrzucimy go. Kiedy diabeł się ujawni, w praktyce jest już na wpół pokonany. Ale musicie nadal się modlić z ufnością i mocno i nigdy się nie zniechęcać, ponieważ już zwyciężyliśmy. Jestem przy was i modlę się za was!”.

 

Zaakceptowaliśmy tę sytuację, a że nauczyliśmy się już, iż ze zła często wypływa dobro, zobowiązaliśmy się do wykorzystania tej dziwnej i traumatycznej możliwości, jaka została nam dana. Akceptacja nie oznacza uległości, bo skoro prawdą jest, że tego, co się wydarzyło, już nie można było zmienić, to teraz należało zdecydowanie działać, aby stworzyć lepsze warunki na przyszłość. Krótko mówiąc, trzeba było dosłownie realizować znane benedyktyńskie hasło ora et labora, ze świadomością, że modlitwa była ważna, ale tak samo ważny był nasz osobisty wysiłek oczyszczenia, jedyny będący w stanie nie pozostawić już powodów Złu: codzienna Msza św., cotygodniowa spowiedź, wieczorny różaniec. Do tego od czasu do czasu rozmawialiśmy telefonicznie z biskupem Gemmą, czasami odwiedził nas ojciec Paolo, aby poświęcić dom i odprawić nabożeństwo. W końcu nasz kochany przyjaciel, ksiądz Luigi, pierwotnie niedowierzający, w ciągu niewielu tygodni zamienił się w bardzo cennego sprzymierzeńca.

 

Na drugi egzorcyzm do księdza Amortha udaliśmy się oboje, korzystając z porannego samolotu i powierzając dzieci wspomnianej już zaufanej przyjaciółce rodziny. Dokładnie o godzinie 11 znaleźliśmy się ponownie w tym samym, co w wielkanocne popołudnie pokoiku, który – jak odkryliśmy – był „prywatnym gabinetem” księdza Amortha. Przełożony wyznaczył mu ten surowy i odizolowany lokal, bowiem znajdował się względnie blisko wejścia do domu, ale wystarczająco daleko od innych pomieszczeń. Pozwalało to na przyjmowanie niekończących się procesji odrzuconych i osamotnionych, którzy codziennie zwracali się do niego, nie powodując zbytniego kłopotu pozostałej wspólnocie, zwłaszcza że wielu dręczonych ludzi podczas egzorcyzmu zaczynało krzyczeć, bluźnić i rzucać się. Istniała swego rodzaju umowa między księdzem Amorthem a jego współbraćmi: w klasztorze przyjmowane były tylko osoby nierobiące zbyt dużego zamieszania. Bardziej pobudzeni opętani musieli być przyjmowani gdzie indziej.

W ten sposób ksiądz Amorth w każdy wtorek i w piątek rano przenosił się na zaplecze jednego ze wspaniałych kościołów w centrum Rzymu, który po porannej Mszy św.  zamykał podwoje, a otwierał specjalne pomieszczenie dla przypadków trudniejszych i znacznie bardziej hałaśliwych.

 

Ale powróćmy teraz do drugiego egzorcyzmu…

 

Napisane przez Lucię

 

Kiedy Francesco usiadł w znanym już fotelu, zaczął go oblewać zimny pot, ponieważ wspomnienie tego, co się wydarzyło, było jeszcze palące. Starał się przekonać siebie, że tym razem nic się nie stanie; że siłą woli i modlitwą da radę nie popaść w to, co było bolesnym zezwierzęceniem. A było gorzej niż poprzednio!

 

Tego przedpołudnia księdzu Amorthowi pomagał pewien starszy współbrat. Miał za zadanie przytrzymywać bardziej niespokojne osoby. Ja również zostałam zmobilizowana do powstrzymywania nieoczekiwanych i gwałtownych reakcji męża, ale mimo tego, że było nas dwoje trzymających go za ręce, ksiądz Amorth dostał w twarz, kiedy Francesco usiłował zedrzeć stułę ze swojej szyi. Krzyki, warczenia, śmiech, który można było określić tylko jako diabelski, wywrócone oczy albo wytrzeszczone przez ponad minutę bez mrugnięcia powieką. Nigdy nie będę mogła zapomnieć tych oczu, zazwyczaj przejrzyście niebieskozielonych, które w tamtej chwili zamieniały się w ocean nienawiści i przemocy brudnoszarego koloru… Oczy te wyrażały nieskończoną brutalność i brzydotę, mogłyby należeć do jakiegoś mordercy… a przecież były to oczy mojego męża!

 

Trudno wyzbyć się z pamięci nieludzkiej mowy, jaka wychodziła z ust, więcej, z całego ciała Francesca. Kiedy ksiądz Amorth odmawiał stosowne łacińskie formuły, kreśląc krzyż na jego oczach, uszach, nosie, ustach, gardle i splocie trzewnym kciukiem zanurzonym uprzednio w słoiczku z olejem chorych, który miał na kolanach, Francesco miotał się z otwartymi ustami i wydawało się, że odgryzie mu palec.

 

Podczas egzorcyzmu jest taka chwila, w której nakazuje się szatanowi iść precz: „W imię Jezusa Chrystusa, idź precz! Za wstawiennictwem Najświętszej Dziewicy, idź precz! Za wstawiennictwem Ojca Pio, idź precz! Za wstawiennictwem ojca Candido, idź precz! Za wstawiennictwem Jana Pawła II, idź precz!…”. Każde z tych rozkazów jest trzykrotnie powtarzane z mocą. Podczas prośby o wstawiennictwo Jana Pawła II rozpętał się koniec świata: Francesco głośno krzyczał i warczał. Ale czy to naprawdę był on, czy też raczej diabeł, który go opętał? Pod koniec egzorcyzmu wszyscy byliśmy wykończeni i spoceni. Także i tym razem potrzeba było wielu znaków krzyża i tyleż samo uderzeń w czoło, aby mąż wrócił do siebie.

 

Zwracając się do mnie, ksiądz Amorth powiedział: „Powierzcie się zdecydowanie Janowi Pawłowi II,
ponieważ wam pomaga. Jednak już nie mogę go tu przyjmować, gdyż czyni za wiele hałasu, do tego potrzebuję większej pomocy w przytrzymaniu go. Na następne spotkanie umówimy się za miesiąc w pewnym kościele w centrum, gdzie pomaga mi więcej osób”. Po przekazaniu nam adresu i wytłumaczeniu, jak się dostać do kościoła, wyszliśmy kompletnie oszołomieni. Francesco znowu był sobą, przytomny i wrażliwy jak zawsze. Tylko czuł się straszliwie zmęczony i niewiele pamiętał z tego, co się wydarzyło podczas egzorcyzmu. Ksiądz Amorth egzorcyzmował również i mnie. Na szczęście nie było żadnej reakcji.

 

Tego popołudnia udaliśmy się na modlitwę do Watykanu, do grobu Jana Pawła II. Był to wzruszający moment, ponieważ Francesco ukląkł na marmurowej posadzce i zalał się łzami. Będziemy często wracać na grób starego papieża, który pozostawił tak wielki znak w historii ludzkości, a teraz pokazywał, że chce się zajmować również nami.

 

Korzystając z pobytu biskupa Gemmy w jednej z siedzib salezjanów, która znajduje się nieco ponad sto kilometrów od naszego domu, poprosiłam go o przeprowadzenie egzorcyzmu nad mężem, a on się nie wzbraniał. Wyruszyliśmy w ciepły poranek końca kwietnia 2007 r. Francesco przez całą drogę był drażliwy.

 

Kiedy wjechaliśmy na rozległy dziedziniec klasztoru, otoczony pięknym parkiem ze wspaniałymi żywopłotami pokrytymi młodym listowiem i kwiatami przygotowującymi się do rozkwitnięcia, nagle pojawił się przed nami biskup Gemma z różańcem w ręku, którego ziarenka rytmicznie przesuwał. Wiedzieliśmy, że modli się za nas. Po przywitaniu i krótkiej kurtuazyjnej rozmowie zaprowadził nas do przytulnej kaplicy klasztornej, gdzie zamierzał przeprowadzić egzorcyzm.

 

Francesco usiadł w pierwszej ławce, naprzeciw tabernakulum, a ja usiadłam po prawej jego stronie, natomiast biskup stanął z tyłu, za nami. Technika egzorcyzmu biskupa Gemmy była inna od techniki księdza Amortha: żadnej łączącej stuły, żadnego oleju chorych, żadnego krzyża w ręku, a tylko jego wielkie ręce położone na głowie Francesca. Mój mąż był spięty i nerwowy, a kiedy biskup zaczął odmawiać z pamięci łacińskie formuły starego przedsoborowego rytuału, dopadły go silne bóle w całej jamie brzusznej, potem pojawiły się konwulsje, warczenia i inne katusze. Francesco przechodził ze stanu świadomości do nieświadomości, zaczął też odczuwać ostry ból w prawym kolanie, które było poddane dwukrotnej niepotrzebnej operacji. W pewnym momencie wybuchnął głośnym krzykiem i przekleństwami.

 

Ani biskup Gemma, ani ja nie mieliśmy dłużej możliwości przytrzymywania. Francesco zsunął się na ziemię, turlał się i wił po posadzce, aż nagle z podstawy znajdującej się w pobliżu ołtarza chwycił dziwne naczynie w kształcie gwiazdy, uklęknął i przyłożył je do czoła. Natychmiast uspokoił się i przez niekończącą się minutę pozostał nieruchomy. Tymczasem biskup i ja obserwowaliśmy go nieco zdyszani po uprzednim wysiłku, a on zaczął po cichu płakać, później zaś osunął się bezwładnie na ziemię. Chciałam podbiec do niego, lecz biskup Gemma dał mi do zrozumienia, abym się powstrzymała. Po chwili Francesco spokojnie podniósł się i zaczął rozmawiać z nami normalnym głosem.

 

Kiedy zapytałam biskupa egzorcystę, co to było ta metalowa gwiazda, która tak podziałała na mojego męża, odpowiedział mi poruszony: „Duża relikwia św. Alojzego Orione, założyciela naszego zgromadzenia salezjanów. Już nie pierwszy raz wstawia się podczas egzorcyzmu, a ja często go przyzywam”. I tak zanim się z nami pożegnał, dał nam relikwię świętego zamkniętą w malutkiej metalowej gwiazdce wyłożonej czerwonym materiałem i przesłoniętej szkiełkiem. Miniaturowa kopia tej relikwii, która tego dnia okazała się naprawdę rozstrzygająca.

 

W kolejnych tygodniach, udając się raz po raz do egzorcysty, staliśmy się częstymi pasażerami na pokładzie samolotu do Rzymu i spotykaliśmy innych stałych podróżnych, ludzi interesów lub księży, z którymi wymienialiśmy uśmiechy i pozdrowienia.

 

Kościółek, gdzie pewnego gorącego dnia w połowie maja o godzinie 11 czekał na nas ksiądz Amorth, znajdował się przy ruchliwej ulicy w centrum miasta. Idąc za otrzymanymi wskazówkami, zlokalizowaliśmy go i natychmiast zadzwoniliśmy, naciskając dzwonek znajdujący się przy wysokiej bramie z kutego żelaza, która chroniła wejście. Po kilku sekundach zza ciężkich drewnianych drzwi kościoła wychylił się starszy mężczyzna, tęgi i niskiego wzrostu (później dowiedzieliśmy się, że ma na imię Paolo), który upewniwszy się, że jesteśmy umówieni, wprowadził nas do środka.

 

Kontrast między jasnym światłem na zewnątrz a półmrokiem kościoła sprawił, że poczuliśmy się niczym katapultowani w ciemność. Jedynie słabe światełko kilku świec i witraży z boku ołtarza pozwalały podziwiać piękno wnętrza. Przez boczne drzwi zostaliśmy szybko wprowadzeni do ciemnego korytarza wiodącego do pokoju z krzesłami, starą kanapą i długim stołem na środku. Za drzwiami z matową szybą domyślaliśmy się innego pomieszczenia, z którego roznosiły się przerażające krzyki i warczenia, przerywane monotonną modlitwą księdza Amortha i innych osób.

 

Brat Paolo zapytał nas znienacka: „Związany czy rozwiązany? Rzucasz się?”. W pierwszej chwili nie mogliśmy zrozumieć, o co chodzi, ale potem domyśliliśmy się, że widząc nas po raz pierwszy, chciał wiedzieć, czy podczas egzorcyzmu konieczne było skrępowanie Francesca pasami, aby uniknąć wyrządzenia przez niego krzywdy sobie i innym. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, milczeliśmy, a serca zaczęły nam bić mocniej. Kiedy po kilku minutach zakończył się poprzedni egzorcyzm i otworzyły się przeszklone drzwi, wyszła podtrzymywana przez kobietę drobna dziewczyna o czarnych włosach, długich i rozczochranych, z podrapaną twarzą i wyraźnymi sińcami pod oczami. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia skrzyżowały się; jej oczy były niczym ciemna bezdenna studnia…

 

Ksiądz Amorth poprosił, abyśmy weszli. Kiedy znaleźliśmy się w środku, uderzyło mnie ciężkie powietrze, przesycone odorem potu i wymiotów. Na środku pokoju stało przygotowane już łóżko tego typu, jakie znajdują się w gabinetach lekarskich, przykryte wyblakłym niebieskim nakryciem. Po całym pomieszczeniu rozstawione były w nieładzie różne krzesła, od drewnianych z rattanowym siedziskiem, po zrobione z metalowych rurek chromowanych z plastykowym jasnozielonym albo brązowym oparciem i siedziskiem.

 

Ksiądz Amorth nie był sam: asystowały mu trzy kobiety, dwie starsze i drobne, jedna młodsza i okrąglejsza, oraz trzej mężczyźni: młody chłopak, który – jak się później dowiedzieliśmy – był klerykiem, inny starszy i Paolo, który nam otworzył. Nieco z boku siedział kapłan, niespełna czterdziestoletni z ciemnymi kręconymi włosami, ubrany zdecydowanie casual. To, że jest księdzem można było rozpoznać wyłącznie po zawieszonej na szyi okazałej stule koloru mocno fioletowego. Miał na imię Stanislao, również egzorcyzmował, stale pomagając księdzu Amorthowi. Dobrze go poznaliśmy dzięki jego sile i umiejętnościom. Po krótkim powitaniu ksiądz Amorth stanowczo oświadczył: „Lepiej, abyśmy przeprowadzili egzorcyzm na łóżku!”, a na czyjeś pytanie o konieczność przywiązania Francesca, usłyszeliśmy zdecydowaną odpowiedź: „Tak!”. Być może ksiądz Amorth pamiętał uderzenie w twarz, jakie otrzymał podczas ostatniego spotkania…

 

Francesco spokojnie położył się na łóżku i natychmiast mocnymi pasami unieruchomiono mu nogi, następnie przesunięto bliżej krzesła, na których usiedli asystenci, dokładnie otaczając męża. Było sześć osób gotowych go przytrzymać w razie konieczności, plus dwaj kapłani, zatem usiadłam z boku i zaczęłam się po cichu modlić. Kiedy tylko rozpoczął się egzorcyzm, Francesco jak zwykle zaczął zmieniać rytm i sposób oddychania, ale przez pierwszych pięć minut nic się nie wydarzyło.

 

Niespodziewanie zaczął warczeć i miotać się, chciał wstać i uciekać, a jego oczy były całkowicie wywrócone. Od tego momentu nastąpiła istna erupcja krzyków, zwierzęcych warczeń, jęków, zwijania się, ale tym razem wszyscy obecni – za wyjątkiem księdza Amortha, który kontynuował swój egzorcyzm, jak gdyby nic się nie stało – zgodnie interweniowali, unieruchamiając Francesca: jedni trzymali ręce, inni nogi, kolejni ramiona, a jeszcze inni głowę, starając się ograniczyć jego gwałtowne ruchy. Tymczasem ksiądz Amorth pytał diabłów: „Jesteś Szatanie, nikczemniku, znam cię… nie jesteś sam, wiem. Ilu was jest? Jest też Hasmodeusz? Jest i Lilith? Kiedy pójdziecie precz? Macie już ustaloną datę?”.

 

Francesco ze straszliwie zmienionym wyrazem twarzy, lecz teraz zupełnie unieruchomiony, odpowiadał na pytania poruszającym głuchym warczeniem.

 

Następnie zgromadzeni zaczęli chóralnie mówić: „W imię Jezusa Chrystusa, idź precz! W imię Jezusa Chrystusa, idź precz! W imię Jezusa Chrystusa, idź precz! Za wstawiennictwem Ojca Pio, idź precz! Za wstawiennictwem Ojca Pio, idź precz! Za wstawiennictwem Ojca Pio, idź precz!…”, znowu dochodząc do Jana Pawła II.

 

Także tym razem po wymówieniu imienia zmarłego papieża rozpętała się gwałtowna reakcja. Nie było wątpliwości, złe duchy, które opętały Francesca, były zdecydowanie niepokojone, kiedy go wzywano.

 

Na zakończenie egzorcyzmu ksiądz Amorth znowu czynił znaki krzyża i uderzenia w czoło, aby Francesco przyszedł do siebie. Trwało to dłuższą chwilę, nim stanął na nogach. Bezsilnie i z rozdartym sercem towarzyszyłam mu w tej kolejnej próbie, ale już nawet nie płakałam. Musiałam być silna i przytomna: mój mąż potrzebował mojej determinacji i mojej miłości.

 

Tytuł: Nawiedził nas diabeł
Autor:
Lucia i Francesco Casadei
Rok wydania: 2010
Stron: 272
Oprawa miękka
Wydawnictwo Jedność

 

 

Ostatnio zmieniany sobota, 10 maj 2014 06:45
Redakcja

Redakcja strony internetowej

2 komentarzy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Wszystkie numery

Piszą dla nas

  • sekretarz prowincjalny sercanów białych, kustosz Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej przy klasztorze Chrystusa Króla w Polanicy-Zdroju

  • teolog, religioznawca, wykładowca UKSW, konsultor Rady do Spraw Dialogu Religijnego Konferencji Episkopatu Polski

  • reporter, eseista, publicysta, reżyser, producent filmowy i telewizyjny. Założyciel i redaktor naczelny kwartalnika „Fronda” (do maja 2012), redaktor naczelny tygodnika „Ozon” (2005-2006), autor wielu książek, albumów, licznych artykułów. Jest laureatem wielu nagród dziennikarskich, filmowych i wydawniczych.
    W 2011 r. Prezydent Węgier Pál Schmitt odznaczył Grzegorza Górnego Rycerskim Krzyżem Zasługi dla Republiki Węgierskiej.

Już 57 pozycji

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Powered by JS Network Solutions