sobota, 03 sierpień 2013 22:58

Sport czy walka

Napisane przez

Czy można dobrowolnie narażać życie własne czy drugiej osoby i modlić się przed walką o zwycięstwo? Bokser okazuje przemoc w stosunku do rywala, może go też narazić na utratę zdrowia, a nawet życia. Czy po takiej walce można spokojnie iść na Mszę świętą i przyjąć komunię świętą, wiedząc, że rywal leży w szpitalu?

 

Sport to zdrowie – tak mówi bardzo popularne powiedzenie. Wiemy jednak, że nie tylko. Mało tego, bywa on czasem niezdrowy, a nawet bardzo szkodliwy, żeby nie rzec – zabójczy. Na szczęście tylko bywa… Sport wykracza daleko poza dziedzinę doskonalenia się fizycznego czy konkurencji.

 

Sport to przemysł – olbrzymia produkcja strojów, obuwia, sprzętu, niestety także środków dopingowych. A także wielki handel – targowisko zawodników, trenerów, reklam, transmisji oraz praw do ich przeprowadzania. Sport to dzisiaj ogólnoświatowe widowisko – oglądane nawet przez miliardy ludzi. Jednakże bywa i parareligią. Wychodzące czasami na jaw zakulisowe fakty dowodzą, że rywalizacja sportowa prowadzona jest w sposób nieuczciwy. To laboratoria rywalizują ze sobą – jedne w produkowaniu coraz doskonalszych i trudniej wykrywalnych środków dopingowych; inne doskonalą właśnie wykrywanie tych coraz trudniej wykrywalnych. Farmakologiczny doping niszczy sport, zniekształca i zakłamuje. Czyni niewiarygodnym, a nawet odpychającym – i wcale nie chodzi tu o „urodę” tzw. sportsmenek byłej NRD, które zdobywały całe wory medali ku chwale reprezentowanego przez siebie totalitarnego państwa.

 

Sport stał się rzemiosłem, zawodem wymagającym coraz wyższych kwalifikacji. Sztaby trenerów, lekarzy, fizjoterapeutów, psychologów, dietetyków pracują nad tym, aby sportowcy osiągali jak najlepsze wyniki. Może jeszcze San Marino czy Wyspy Owcze wysyłają amatorów na poważne imprezy, ale czy ktoś słyszał, aby ci sportowcy osiągnęli jakieś sukcesy? Patrząc niejako z drugiej strony, można powiedzieć, że sprawa jest jasna. Do historii przeszły czasy, gdy kraje bloku sowieckiego wysyłały na zawody „amatorów” z wojskowych czy milicyjnych klubów. A że olimpiada to igrzyska dobrze opłacanych zawodowców? Że nie o to chodziło antycznym Grekom czy baronowi de Coubertin? Kogo to dzisiaj obchodzi, gdy wielki sportowy biznes kwitnie?

 

Sport to także polityka – niektórzy mówią, że jest substytutem wojny. Stąd ogromna popularność sportów walki – szczególnie boksu (w tej dyscyplinie do popularności dochodzi kasowość). Stąd też obecność polityków – nawet głów państw – na wielkich imprezach. Nie sposób jednakże nie zapytać o ocenę etyczną zarówno sportów walki, jak i całego tego sportowo-biznesowo-polityczno-religijno- -socjologicznego zjawiska. Bez wątpienia, sztuczny doping czy korupcję (choćby liczne afery w ligach piłkarskich różnych państw) bez trudu można ocenić negatywnie. Wątpliwości budzą gigantyczne zarobki sportowców. Nikt nie mówi, że powinni zarabiać tysiąc czy dwa tysiące euro miesięcznie, ale 100 tysięcy funtów tygodniowo to chyba przesada. Coraz bardziej niesamowite wyniki każą także zastanowić się nad czystością rywalizacji sportowej oraz uczciwością jej uczestników. Przyznanie się do jeżdżenia „na koksie” przez wielokrotnego „fenomenalnego” zwycięzcę Tour de France jeszcze bardziej wzmaga te wątpliwości.

 

Co zaś się tyczy sportów walki – to trzeba pamiętać że są to… właśnie sporty. Zawodnicy nie stają naprzeciw siebie pełni nienawiści, dyszący krwiożerczą żądzą. W boksie, judo, karate sportowym czy zapasach nie chodzi o to, żeby przeciwnika oszpecić, uczynić inwalidą ani – tym bardziej – zabić. To nie są walki rzymskich gladiatorów, podczas których trup słał się gęsto. Oczywiście, można tu mówić o narażaniu (i narażaniu się) na utratę zdrowia, a nawet życia. Warto jednak pamiętać, że takie ryzyko istnieje w bardzo wielu sportach. Pędzący z szybkością 90 km/h kolarz w razie upadku naraża się na kalectwo, a nawet na śmierć. Jeszcze bardziej zagrożeni są sportowcy uprawiający dyscypliny motorowe – zarówno na lądzie, jak i na wodzie. Nietrudno uświadomić sobie niebezpieczeństwa wiszące nad skoczkami narciarskimi, bobsleistami, boyerowcami, zawodnikami kultywującymi narciarstwo zjazdowe czy różnego rodzaju wyścigi konne. Piłkarz bądź siatkarz uderzony w głowę piłką lecącą z prędkością ponad 100 km/h – też może stracić życie, nie mówiąc o licznych możliwych kontuzjach.

 

Podobnie rzecz ma się z tenisistą. Na ciężkie kontuzje narażeni są ciężarowcy, lekkoatleci, gimnastycy czy łyżwiarze figurowi płci obojga. A co mówić o lotniarzach, spadochroniarzach, akrobatach cyrkowych? O zagrożeniach wiszących nad himalaistami chyba nie ma potrzeby pisać.

 

Jak widać, jest wiele – nawet bardzo wiele – dyscyplin sportowych, których uprawianie może skończyć się dożywotnią niepełnosprawnością lub śmiercią. Jednak nie brakuje ludzi, którzy chcą je uprawiać, realizując potrzebę przełamywania własnej słabości, chęć sprawdzenia siebie, doskonalenia się czy testowania granic własnych możliwości. I trzeba to uszanować. 

 

Zawsze i wszędzie natomiast jest potrzebna roztropność, umiejętność powiedzenia sobie: Dość! Nieraz kwestią życia lub śmierci jest unikanie brawury. Znane są wszak relacje himalaistów, mówiące o wycofaniu się zaledwie kilkadziesiąt metrów przed szczytem. Byli tuż- -tuż, ale uświadomili sobie, że wykonanie tych ostatnich kroków, koniecznych do zdobycia upragnionego siedmio- czy ośmiotysięcznika, może zostać opłacone utratą życia. Dlatego zawracali. Ci, którzy tego nie uczynili – woleli szarżować – ginęli. Tak się niestety stało z wielką polską himalaistką Wandą Rutkiewicz. Meksykański wspinacz Carlos Carsolio – schodzący ze świeżo zdobytego szczytu Kanczendzongi – spotkał ją blisko celu. Wyglądała na bardzo zmęczoną, zapewne też była odwodniona. Powinna była zawrócić. Jako kobieta ogromnie ambitna i uparta, nie uczyniła tego i wszelki ślad po niej zaginął. Wszędzie potrzebny jest zdrowy rozsądek. Niezbędna okazuje się umiejętność dostrzeżenia tej ostrzegawczej linii, której przekroczenie może mieć tragiczne skutki – nie tylko w sporcie.

Ostatnio zmieniany czwartek, 03 grudzień 2015 16:10

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Wszystkie numery

Piszą dla nas

  • Pochodzi z parafii Niegowić. Jest dyrektorem agencji informacyjnej Vatican Service News w Rzymie. Jako dziennikarz brał udział w pielgrzymkach Jana Pawła II i Benedykta XVI, wchodząc w skład Volo Papale. Jest autorem kilku książek i filmów dokumentalnych oraz założycielem i opiekunem charyzmatycznych grup modlitewnych we Włoszech, którym patronuje bł. Jan Paweł II. Był bliskim współpracownikiem śp. bpa Pavla Hnilicy. Obecnie jest jednym z najbliższych współpracowników kard. Ivana Diasa, byłego prefekta Kongregacji Ewangelizacji Narodów i Krzewienia Wiary.

  • doktor teologii
    moralnej, katechetka

Już 42 pozycjie


Powered by JS Network Solutions