wtorek, 05 lipiec 2016 12:22

Axis mundi. muzyka, trans, hipnoza

Napisał

Rock opera „Jesus Christ Superstar” i film „Hair” powracają jak bumerang. Zawsze jednak uderzają w chrześcijaństwo. Zadziwiające jest, że choć produkcje te muzycznie nie odzwierciedlają czasów, w których powstały, określa się je mianem legendarnych. Czy jest to hipnotyczne oddziaływanie przekazów?

 

Brytyjczycy Andrew Lloyd Webber i Tim Rice stworzyli hipnotyzującą postać, która oprócz wyglądu nie ma nic wspólnego z Jezusem Chrystusem. Pociągnęła jednak za sobą rzesze tzw. Broadwayowskich pseudohipisów (dziś pewnie hipsterów), którzy potrzebowali innego rodzaju wrażeń niż tylko gorejąca ogniem gitara pogrążonego w narkotycznym transie Jimiego Hendrixa. „Jesus is My Idol” to człowiek odarty z bóstwa. Ian Gillan, wokalista Deep Purple, swoją kreacją głównej postaci idealnie umieścił człowieczeństwo w centrum życia zamiast Boga. W katolickiej szkole w Kanadzie oglądałam „Jesus Christ Superstar” i coś w tej muzycznej operze od początku mi się nie podobało. Miałam wtedy 12 lat. Nie odczułam głębokiego szacunku do przedstawionej historii Jezusa. Takiego szacunku, jaki powinnam okazać – napisała do mnie pani Anita, która dużą część swego życia spędziła w Kanadzie.

Zniewolenie

Miloš Forman, reżyser filmu „Hair”, wbrew pozorom wbił nóż w plecy legendzie hipisowskiej. Przemilczał to, co było w niej najważniejsze, a uwypuklił to, co było najgorsze. Hipisi z LSD i „trawką” zostali mainstreamem, a muzyka wpadła w odmęty zapomnienia, jakby nie była najważniejszym elementem tamtego czasu, a jedynie dodatkiem do zgonów Jima Morrisona, Jimiego Hendrixa czy Janis Joplin. „Hair” z adaptacją muzyczną Galta MacDermota, w oparciu o libretto Jamesa Rado oraz Gerome’a Ragniego, podbił salony i teatry, a nie kluby i sale koncertowe. Ci artyści nie czuli muzyki tamtej epoki. Byli z innej bajki. Koniunkturalizm ubrali w hipisowskie fatałaszki z nowojorskiego salonu mody. To jest wielka ściema historii! Tamtą epokę można jednak opisywać przez pryzmat muzyki, która rewolucyjnie się rozwijała. Da się opisywać, czyli z tego czasu zniewolenia ducha i demoralizacji ciała próbować wyciągnąć choć odrobinę kontekstu dotyczącego kultury. Muzyka mogłaby być trwałą spuścizną epoki hipisowskiej. Jednak w przeważającej części muzyczność 60. i 70. lat zeszłego stulecia była podszyta zniewalającym ducha akcentem. Co było gorsze? Wolność opisywana w „Born to Be Wild” grupy Steppenwolf czy okultyzm „Come To The Sabbath” zespołu Black Widow? Zagrożenie nie może być stopniowane. „Highway to Hell” AC/DC czy „Stairway to Heaven” Led Zeppelin prowadzą w jednym kierunku. I nie jest to zabawne spostrzeżenie, ubarwione setkami memów w Internecie. Stanowi to natomiast mruganie okiem do demona, który nie zna się na memach, lecz na zniewalaniu. Dla tych, którzy choć trochę chcieli uszczknąć z epoki hipisowskiego hedonizmu, a nie stracić społecznej stabilizacji, obie rock opery – „Jesus Christ Superstar” i „Hair” – były niczym halucynogen prowadzący w narkotyczne wizje i nieznany świat.

Grzegorz Kasjaniuk

redaktor, dziennikarz i publicysta muzyczny

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.


Nasze książki

Nowość!

gif opowiesci biblijne2

Wszystkie numery

W naszej księgarni

Piszą dla nas

Już 32 pozycje


Powered by JS Network Solutions